Strona główna » Blog » Położne kontra roszczeniowe i złośliwe pacjentki

Położne kontra roszczeniowe i złośliwe pacjentki

Czy położne padają ofiarą złośliwych, niegrzecznych pacjentek? Tak, chociaż istnieje niepisana zasada, że o takich rzeczach się nie mówi. Postanowiłam jednak, że przełamię to tabu. Skoro pisze się o nieprzyjemnych i nieempatycznych położnych, lekarzach, pielęgniarkach i słusznie takie zachowania są piętnowane, to może nadszedł czas, aby powiedzieć głośno, że pacjent też czasem ma swoje za uszami?

Wyjątkowo uciążliwych pacjentek do dziś nie udało mi się do końca rozgryźć. Ludzie, których spotykałam na swojej drodze byli często w trudnych sytuacjach i doskonale rozumiałam, że po wpływem stresu, bólu, lęku mieli pełne prawo reagować dziwnie, nerwowo a nawet niegrzecznie czy wręcz agresywnie. Odbierałam to jako przejaw lęku, reakcję na nową, trudną sytuację. Jednak jest duża różnica między nerwową reakcją w trudnej sytuacji, a permanentnym złośliwym i napastliwym zachowaniem. Kilka takich przypadków szczególnie utkwiło mi w pamięci…

ALARM NA ODDZIALE

Na oddziale patologii ciąży rozległ się dzwonek w dobrze nam znanej sali. Dzwonił co chwilę i to wcale nie dlatego, że potrzebna była natychmiastowa pomoc.

– Co się stało? – zapytałam wchodząc do środka, sugerując jednocześnie (tak mi się wydawało), że dzwonek służy sytuacjom nagłym.

– Zjadłam banana” oznajmiła siedząca na łóżku ciężarna i zaczęła wymachiwać skórką po owocu. Spojrzałam na nią wyczekująco, spodziewając się ciągu dalszego wypowiedzi. W końcu z głośnym westchnieniem opuściła rękę nieco niżej i ze zniecierpliwieniem dodała:

– Chcę wyrzucić skórkę.

– Ale w czym JA mogę pani pomóc? – zapytałam zaskoczona.

– No chyba mówię, że chcę wyrzucić skórkę to niech ją pani weźmie i wyrzuci to tak trudno zrozumieć? Przecież ja nie mogę wstawać, więc co się pani tak dziwi? Co lekarz nie mówił, że mam ciążę zagrożoną, nie wyjaśniał co to znaczy, że nie mogę wstawać?” – wyrzuciła jednym tchem. W myślach policzyłam do trzech…

– Proszę pani, ma pani przywiązany do łóżka worek na śmieci, z którego wciąż można korzystać, proszę tam wrzucać śmieci i nie używać w tym celu dzwonka – odpowiedziałam spokojnie.

– Ale mi ta skórka w tym worku będzie ŚMIERDZIAŁA! – wycedziła.

– Worki są zmieniane przez panie salowe co najmniej 2 razy dziennie.

– To przez pół dnia będzie mi je…ło skórką pod nosem, bo leniwe babsko nie chce jej wyrzucić. Nazwisko! Napiszę skargę na was wszystkie jak stąd wyjdę! – wrzasnęła. W tym momencie to ja miałam wrażenie, że wyjdę… z siebie. Jednak zachowując jednak resztki spokoju odparłam:

– Oczywiście, ma pani prawo napisać skargę na cały personel. Tymczasem proszę się dostosować do zasad panujących na oddziale. Na dyżurze są tylko 2 położne, mają dużo pracy, są też inne pacjentki, potrzebujące pomocy, proszę to uszanować. Muszę wracać do pracy. – wyszłam szybko nie czekając na odpowiedź. Za plecami usłyszałam jeszcze kilka słów, których chyba lepiej nie przytaczać…

Godzinę później rozległ się dzwonek w tej samej sali. Niestety nie mogłam go zignorować. Oczywiście ta sama pacjentka. Zanim zdążyłam się odezwać wypaliła:

– Telewizor nie działa! – rzeczywiście nie działał. Ale czy był to powód, żeby uruchamiać „alarm”? Przecież i tak co jakiś czas ktoś zaglądał do sali.

– Dobrze, zgłoszę to ale dziś go nikt nie naprawi.

– Jak to NIE? To co ja mam dziś robić?

– Mogę pożyczyć jakieś czasopismo.

– Nie chcę! Tu jest gorzej niż w więzieniu. Leży człowiek całymi dniami i nawet telewizji obejrzeć nie może, bo nie działa i nikomu nie chce się naprawić… – rozkręcała się, więc postanowiłam przerwać:

– Może jutro ktoś naprawi usterkę, a ja jeszcze raz proszę, aby używać dzwonka tylko w naprawdę wymagających tego sytuacjach.

– A co d…y nie chce się ruszyć?

Wyszłam. Po południu musiałam podłączyć swojej „ulubionej’ pacjentce zapis KTG. Oczywiście odbyło się to wśród narzekań na elastyczne pasy, uciskające głowice itp. Gdy tylko wyszłam z sali usłyszałam dobiegający z niej dzwonek.

– To jest źle podłączone! – kobieta oznajmiła oskarżycielskim tonem. Spojrzałam na zapis – prawidłowy i z dobrym sygnałem.

– Jest dobrze.

– Nie, nie jest, leżę tu długo i wiem jak ma być.

– Ale o co chodzi, czy jest pani niewygodnie?

– Jest mi niewygodnie, żeby pani wiedziała, że jest! A to jeszcze jest źle podłączone i potem będziecie mi kazali leżeć z tym jeszcze pół godziny!

– Urządzenie jest dobrze podłączone.

– Niech pani wezwie lekarza, może on się pozna!

– Nie ma takiej potrzeby.

– Mam prawo żądać widzenia z lekarzem! – na tym etapie uznałam, że może to i lepiej. Niech i lekarz sie trochę pomęczy. Oznajmiłam mu, że pacjentka na niego czeka i mówi, że sprawa jest pilna, szczegółów nie zdradza. Poszedł, nie podejrzewając co go czeka, a ja miałam chwilkę spokoju. Bardzo krótką chwilę. Wyszedł energicznym krokiem zamykając za sobą drzwi niezbyt delikatnie. Widocznie miał mniej cierpliwości.

Po odłączeniu zapisu musiałam jeszcze „udrożnić” kroplówkę. Po odłączeniu powiesiłam końcówkę aparatu na stojaku do kroplówek, a gdy po minucie chciałam znów podłączyć wężyk, pacjentka gwałtownie odsunęła rękę, a z otwartego wenflonu zaczęła kapać krew.

– Co pani robi? – krzyknęłyśmy obie w tym samym momencie.

– Krew mi leci! – krzyknęła nadal machając ręką, którą ja próbowałam złapać.

– Proszę mi podać dłoń, wkłucie jest niezamknięte. – wreszcie podała mi rękę i mogłam podłączyć kroplówkę.

– Pani chyba oszalała, przecież ta kroplówka wisiała w powietrzu, wie pani ile tam jest bakterii? Potem się dziwicie, że jest tyle zakażeń w tych szpitalach.

– Zapewniam panią, że zabieg został wykonany bezpiecznie.- odpowiedziałam ostatkiem sił. Koszula pacjentki i pościel nadawały się do zmiany.

POŁOŻNE – WSZYSTKIE JESTEŚCIE TAKIE SAME

Kolejna uciążliwa pacjentka przyszła do mnie na konsultację całkiem niedawno. Wcześniej uczestniczyła w moim kursie w szkole rodzenia, a właściwie w jednych zajęciach, podczas których kilkakrotnie podkreślała swoje zdanie o położnych. Zajęcia dotyczyły porodu. Pani zadawała dużo pytań np. „co mam zrobić jeśli położna będzie dla mnie chamska”, „czy mogę zmienić położną, jeśli ta, która będzie nie będzie mi odpowiadać”, „co jeśli będą chcieli mnie naciąć na siłę”, „czy zabiorą mi dziecko”, „co zrobić jak będą chcieli dać mi leki wbrew mojej woli (…) jeśli będą chcieli zrobić cesarkę, a ja nie chcę”, „ile mam zapłacić położnej, żeby była dla mnie miła”…

Konsekwentnie odpowiadałam na wszystkie pytania, czy raczej zarzuty. Miałam wrażenie, że były wynikiem lęku, troski o zdrowie swoje i dziecka, chociaż nie ukrywam, że aż takiego „nasilenia objawów” jeszcze nie spotkałam. Na pierwszych zajęciach jej nie było, z drugich wyszła przed czasem, na żadnych kolejnych już się nie pojawiła. Tym bardziej zaskoczyła mnie jej wizyta na indywidualnym spotkaniu.

– W czym mogę pomóc – zapytałam.

– Chciałam tylko powiedzieć, że pani kłamie, mówiąc, że niby personel w szpitalu chce naszego dobra i niby mamy na cokolwiek jakikolwiek wpływ. Po co te plany porodów. Położna zainteresuje się co najwyżej kroczem i to też różnie. Bez wsparcia z zewnątrz ani rusz! Wszystkie jesteście takie same.

– Dlaczego tak pani uważa? – zapytałam. Rozmowa trwała może kwadrans. Od słowa do słowa okazało się, że kobieta wcześniej uczestniczyła w jakiś zajęciach z doulami, w czasie których dowiedziała się mniej więcej tego, że położne są leniwe, złośliwe i działają na szkodę pacjentki dla własnej wygody, poza tym zajmują się tylko stroną medyczną porodu. No cóż, bez douli ani rusz. Niestety kobieta była bardzo przekonana, że ma rację, nie było szansy na jakąkolwiek rozmowę, bo stwierdziła, że już wszystko powiedziała, po czym wstała i wyszła.

CZY KTOŚ TU W OGÓLE PRACUJE?

Pojechałam na oddział piętro wyżej zawieźć dokumenty. Przy konsoli położnych akurat nikogo nie było, zapewne zajęte były pracą na oddziale. Postanowiłam więc chwilkę zaczekać. Po minucie podeszła do mnie jedna z pacjentek z oddziału. Stanęła naprzeciwko czytając treść mojego identyfikatora, a raczej, jak się okazało szukając w niej jednej informacji:

– Położna! – wykrzyknęła. Zrobiła krótką pauzę, w czasie której nie zdążyłam zareagować, bo nie ukrywam, że takie zachowanie nieco mnie zaskoczyło. Postanowiła więc kontynuować:

– Co do z tym moim opatrunkiem, ile mam czekać?

– Jestem położną ale nie z tego oddziału, któraś z koleżanek za chwilkę powinna wrócić i jeśli ma Pani jakiś problem lub potrzebę, z pewnością pomogą. – wyjaśniłam.

– Co mnie to obchodzi z jakiego oddziału? Stoi tu i nic nie robi ale pomóc człowiekowi nie chce!

– Przykro mi ale nie mogę pomóc. Za chwilkę powinna wrócić położna z oddziału, proszę chwilkę poczekać – starałam się ją uspokoić, bo poniekąd rozumiałam to zdenerwowanie. Niestety ilość personelu na oddziale jest za mała, jak w większości polskich szpitali. To negatywnie odbija sie na nas, naszej pracy, na naszych podopiecznych i wreszcie wzajemnych relacjach.

– Prawie kwadrans temu informowałam, że umyłam ranę i nie mam opatrunku! Nikomu się nie chce nawet plastra nakleić? To takie trudne? Chodzę z gołą raną! – rozejrzała sie dookoła, po czym podniosła koszulę, uwidaczniając dobrze wyglądającą bliznę po cięciu cesarskim.

– Spokojnie, jeśli chodzi tylko o opatrunek to zapewniam, że nic się nie stanie, jeśli zostanie nałożony za chwilę. Taka sytuacja w żaden sposób pani nie zagraża.

– Tylko opatrunek? TYLKO? Stoi tu pani od 5 minut i nawet palcem nie kiwnie. Niech mi pani da ten plaster to sobie sama nakleję, bo u was się czegoś doprosić to już w ogóle cud. Gdzie niby są te położne, no gdzie?

– Pracują na oddziale.

– To tu ktoś w ogóle pracuje? Jakoś nie widać.

W tym momencie na horyzoncie pojawiła się położna i zaprosiła pacjentkę do gabinetu zabiegowego, co zostało skwitowane ironicznym „nareszcie!”. W międzyczasie podałam dokumenty i przyjemnością opuściłam oddział.

Na szczęście aż tak osobliwe przypadki zdarzają się niezmiernie rzadko. Czasem trafiają się także agresywni pacjenci i ich rodziny, o czym pisałam już tu.

Tak zwany „pacjent roszczeniowy” to dziś zjawisko na porządku dziennym. Cóż, praca z ludźmi nie jest łatwa, to duże wyzwanie. Muszę jednak przyznać, że przynajmniej nigdy nie jest nudno.

Autor: Maria Lepucka

Maria Lepucka
Położna, doktorantka Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Zajmuje się pracą naukową i dydaktyczną z zakresu położnictwa i ginekologii, a także prowadzeniem edukacji przedporodowej dla przyszłych rodziców i opieką nad pacjentkami w każdym wieku. Założycielka i główna autorka wpisów i artykułów w portalu FeminaSum.pl. Więcej »

Nie przegap

Agresywni i niebezpieczni pacjenci i ich rodziny

Agresywni i niebezpieczni pacjenci i ich rodziny

Problem agresji pacjentów i ich rodzin wobec personelu medycznego narasta. Z jednej strony pacjenci są …

9 komentarzy

  1. W Polsce matka Polka to taka święta krowa, wolno jej wszystko i wszędzie. Wiele osób ma też podejście, że pesonel medyczny nie ma prawa się wku…ć. Sama byłam w ciąży 2 razy i widziałam co niektóre babki odpalaja w szpitalu i przychodniach.

  2. Małgorzata Borecka

    Szczerze sie zastanawiam, czemu ten wpis ma służyć.

    • Mysle, ze autorka poruszyla bardzo wazny temat. Personel medyczny ma byc zawsze mily, empatyczny, na kazde (doslownie!) zawolanie. Wszystko jest naszym swietym obowiazkiem, a pacjent ma wylacznie prawa. Jakos nikt nie mowi glosno o tym, ze pacjent rowniez ma obowiazki. A przede wszystkim, personel ma prawo – do szacunku. Minimum kultury ze strony pacjentow. Ale poki co wszystkie medialne nagonki prezentuja wylacznie zla twarz opieki zdrowotnej, a akcentowane sa prawa do żądań ze strony pacjentow.

    • Maria Lepucka
      Maria Lepucka

      Na blogu poruszam różne aspekty pracy położnej. Ten uważam za istotny, a jednocześnie rzadko poruszany. Domyślam się jednak, że przeszkadza Pani fragment związany z Pani środowiskiem – doulami. Nie po raz pierwszy spotkałam się z taką sytuacją jak opisana powyżej. Nie widzę powodu, aby tę kwestię pomijać milczeniem, co położne niestety zwykle robią.

  3. uwielbiam czytac te Pani wpisy . Jakbym ksiazke czytala a pomyslec ze takie dziwy dzieja sie na codzien ze sa tacy ludzie. Ciekawi mnie tylko jakimi sa lyb beda rodzicami ? rowniez tak roszczeniowymi?.
    a jakby ich tak nagrac i pokazac z drugiej str jak wygladaja ? ciekawe czy mieliby za grosz pokory by choviaz spuscic z tonu juz nie mysle o.slowie „przepraszam „

  4. A może trzeba popatrzeć na tą pacjentkę inaczej – nie przez pryzmat roszczeniowej pacjentki ale kobiety, która jest w ciągłym lęku i strachu oderwana od swojej rodziny i życia. U siąść i zwyczajnie nawiązać relację albo wysłać do niej psychologa. Ze swojego doświadczenia wiem, że personel medyczny nie potrafi ie komunikować z tzw trudnym pacjentem…

    • Maria Lepucka
      Maria Lepucka

      Jak wspomniałam już na samym wstępie – jest ogromna różnica między pacjentem trudnym i w trudnej sytuacji, a osoba roszczeniową i złośliwą „z natury”. Z większością „trudnych pacjentek” radzę sobie bez większych problemów, opisane przypadki było wyjątkowe, dla mnie, bo być może kto inny poradziłby sobie lepiej. Nie twierdzę, że potrafię wszystko i zawsze znajduję najlepsze wyjście z sytuacji.

    • Tak, taka pania od skorki banana powinno sie zwyczajnie sprowadzic do pionu. 🙂

  5. Bardzo ciekawy artykuł , trochę sporny . Ale bardzo się cieszę , że ktoś poruszył tą sprawę bo tak jak Pani już wspomniała jest ogromna różnica między pacjentem trudnym i w trudnej sytuacji, a osoba roszczeniową i złośliwą „z natury”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *