Strona główna » Blog » Poród w domu po dwóch zmedykalizowanych porodach w szpitalu

Poród w domu po dwóch zmedykalizowanych porodach w szpitalu

Poród w szpitalu był pełen zbędnych, krzywdzących ingerencji, samotności i bezradności, które pozostawiły w psychice Sylwii ślad. Na tyle trwały, że nawet po wielu latach, które przyniosły pozytywne zmiany w organizacji opieki okołoporodowej nadal nie potrafiła zdecydować się na urodzenie trzeciego dziecka w szpitalu. Poród w domu był jej pragnieniem wolności i ciepłej, rodzinnej atmosfery.

M.L: Dlaczego zdecydowałaś sie na poród domu?

Sylwia: Bardzo chciałam wrócić do korzeni, jak Jeanette Kalyta mnie zapytała czego się obawiam w związku z porodem, to było tylko jedno – że ktoś może mi przeszkadzać. Bardzo mi zależało, żeby być z rodziną. W razie konieczności transferu do domu narodzin, mieliśmy jechać wszyscy. Szpital to dla mnie samotność. Pierwsze dziecko urodziłam mając 19 lat, czyli 21 lat temu w szpitalu wojskowym. Nie otrzymałam tam najmniejszego wsparcia. Kiedy się położyłam, żeby trochę odpocząć, już nie pozwolono mi zejść z łóżka. Do parcia przywiązano mi nogi, więc parcie było nieefektywne, popękały mi naczynka na szyi, twarzy, w oczach. Kiedy chciałam siku, nałożono mi cewnik, wykonano też rutynowe nacięcie krocza. 2 godziny po porodzie w samotności leżałam na korytarzu, potem w 6 osobowej sali dla mam, bez dzieci. Dzieci dowozili na karmienie, często już najedzone. Brak było wsparcia dla karmienia piersią, nie udało mi się utrzymać laktacji.

4,5 roku później rodziłam w Szpitalu Praskim. Nie było to oblegane miejsce. Miałam masaż szyjki macicy, ręczne odklejanie worka, potem oksytocyna, a na koniec nacięcie. Jedynie to co się działo pomiędzy tymi sytuacjami było moim porodem. Wtedy już mogłam poczuć swoją moc, położna była obok, cały czas ze mną ale nie narzucała się. Mogłam robić to co podpowiadało ciało. Głównie kołysałam się i śpiewałam piosenkę z bajki o Kubusiu Puchatku. Skurcze parte zaczęły się na podłodze…. a potem już łóżko, pasy na brzuch, nacięcie itd. Ale właśnie wspomnienie tego porodu przekonało mnie, że będę wiedziała co robić.

M.L: Wokół porodu domowego krąży wiele stereotypów, wciąż słyszy się opinie, także od personelu medycznego, że to nieodpowiedzialne, niebezpieczne. Nie miałaś takich obaw?

Sylwia: Nie miałam takich obaw. Bardziej się obawiałam jazdy do szpitala czy domu narodzin. Wiele o tym dyskutowałam z Bogiem, żeby dał mi szansę. No i jeszcze zanim zaszłam w ciążę, zapytałam Anię, czy będzie mi towarzyszyć. Niechętnie ale spakowałam też torbę, taka była zresztą umowa z położnymi. Później Edyta korzystała z tej torby, żeby dać mi ubrania. Zrezygnowałam też z typowej koszuli nocnej na rzecz topu do karmienia. Z lekarzem nie rozmawialiśmy o mojej decyzji, bo to był znajomy, tylko mu powiedziałam, że tak postanowiłam. Zresztą tak samo było z badaniami prenatalnymi, też podjęłam decyzję, żeby ich nie robić.

M.L. Kim są Ania i Edyta?

Sylwia: Ania to jasnowidząca przyjaciółka, z którą pracowałam przez kilka lat nad uzdrowieniem swojego życia. Edyta to położna.

M.L.: Położna przyjechała po porodzie, spóźniła się…

Sylwia: Tak, przyjechała po porodzie.

M.L.: Kto przeciął pępowinę po urodzeniu dziecka?

Sylwia: Edyta, bo się pomyliła, ponoć drugi raz w ciągu 20 lat praktyki. Tomek stwierdził, że skoro on przyjął poród to ona mogła przeciąć.

M.L.: Jak z perspektywy czasu oceniasz poród w domu?

Sylwia: Po przeczytaniu „Duchowego położnictwa” wiedziałam, że mój pomysł nie jest fanaberią, że przez cały czas kobiety tak rodzą. Niestety nie znałam nikogo, kto by urodził w domu. Cały czas wzruszamy się z mężem, na wspomnienie porodu. Kiedy biorę z małą prysznic to jej opowiadam, że właśnie tu się urodziła. Bardzo chcę by moja historia pomogła innym kobietom nabrać wiary w siebie, zaufać sobie i powrócić do korzeni.

M.L.: Z pewnością takie historie są potrzebne. Niestety poród w domu to w Polsce wciąż rzadkość. Dziękuję za rozmowę.

Z całym opisem porodu Sylwii możecie zapoznać się tu.

Autor: Maria Lepucka

Maria Lepucka
Położna, certyfikowany doradca laktacyjny, doktorantka Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Zajmuje się pracą naukową i dydaktyczną z zakresu położnictwa i ginekologii, a także prowadzeniem edukacji przedporodowej dla przyszłych rodziców i opieką nad pacjentkami w każdym wieku. Prowadzi prywatną praktykę położniczą z poradnią laktacyjną we Wrocławiu: https://poloznawroclaw.pl. Założycielka i główna autorka wpisów i artykułów w portalu FeminaSum.pl. Więcej »

Nie przegap

Poród domowy i szpitalny oczami mam

Poród domowy i szpitalny – oczami mam

Poród domowy a poród w szpitalu – jakie są różnice widziane oczami mam, które miały …

7 komentarzy

  1. Witam,bardzo ciekawy artykuł. Ja osobiście popieram porody w domu ponieważ to naturalna sprawa. Kiedyś nie było szpitali i kobiety rodziły w domu. Ostatnio nawet można oglądać w sieci porody na łonie natury. Piękna i naturalna sprawa. Ja mieszkam w Anglii i niedawno urodziłam swoje pierwsze dziecko w szpitalu ponieważ pierwszy raz itd. Porody w Anglii sa bardzo powszechne i dużo mam sie na to decyduje zwłaszcza jak rodzą kolejne dziecko. Ja również kolejnie dziecko zamierzam rodzić w domu :)wygląda to tak, że położna jest z Tobą, a karetka stoi przed domem w razie komplikacji. Moim zdaniem w Polsce powinno bardziej to stać sie rozpowszechnianie ponieważ na prawde nie ma sie czego bać. Pozdrawiam

    • Maria Lepucka

      Być może po porodzie domowym w Anglii zechce Pani podzielić się z nami swoimi wrażeniami? Zapraszam do kontaktu (formularz kontaktowy), z przyjemnością z Panią porozmawiam i przedstawie historię czytelniczkom FeminaSum.pl

  2. mam wrażenie, że czasy się jednak trochę zmieniły i porody już tak nie wyglądają. nie ma, ze koniecznie na łóżko, że jakieś pasy, przywiązywanie nóg do łóżka, rutynowe nacięcia krocza itd. nie przeczę, że może gdzieś są jeszcze takie szpitale-fabryki noworodków, gdzie rodząca czuje się jak na taśmie produkcyjnej, ale chyba należą jednak do wyjątków. ja rodziłam w szpitalu z fatalną opinią wśród ciężarnych, ale nawet tam zmieniło się bardzo dużo i rodziło mi się bardzo dobrze i w miłej atmosferze. można, chodzić, kąpać się, skakać na piłce, są osobne sale. położna pytała się o wszystko, jak nie chcesz to nie i koniec. sama decydujesz no i najważniejsze, ze można iść z bliską osobą. pewnie i są osoby, które mimo wszystko chcę rodzić w domu, bo panicznie boją się szpitala i lekarzy i tych wszystkich procedur papierków i badań. ja w szpitalu czuję się po prostu BEZPIECZNIE. czuję, ze jak coś się będzie działo to jestem pod opieką i ewentualnie wystarczy zawołać. i chyba o to chodzi. strachliwym polecam poznać położne, bo to też tworzy inną atmosferę

    • Maria Lepucka

      Oczywiście w ciągu 20 lat wiele zmieniło się na lepsze. Niestety rzeczywistość większości polskich szpitali wciąż mocno odbiega od standardu opieki okołoporodowej i idei porodu naturalnego bez zbędnych ingerencji. We Wrocławiu są 4 szpitale położnicze, nie ma prywatnej placówki ani domu narodzin. Tylko jeden szpital maa oddzielne sale porodowe, w pozostałych jest 1 lub 2 pokoje rodzinne, a jeśli są zajęte trzeba rodzić an sali wieloosobowej (skąd czasem wyprasza się osoby towarzyszące). Rutynowe nacięcia krocza i ograniczone możliwości wyboru pozycji porodowych to wciąż problem wrocławskich pacjentek. Największym problemem jest jednak medykalizacja porodów, we Wrocławiu nawet fizjologiczny poród jest wciąż widziany jako „zjawisko medyczne”, kroplówki z oksytocyną leją się hektolitrami, a odsetek cięć cesarskich jest ogromny. Prowadzenie ciąży wciąż pozostaje tu domeną lekarzy, którzy niejednokrotnie biorą udział także w porodach fizjologicznych (przyczyniając się do ich medykalizacji).

      • to przykre, nawet nie zdawałam sobie sprawy ze skali zjawiska.
        jak mówiłam, ja rodziłam w szpitalu ze złą opinią (Konin) i mogę powiedzieć tylko tyle, że rodzi się tam bardzo dobrze, ale najlepiej z samymi położnymi 🙂 co prawda na samym początku pisemnie wyraziłam zgodę na wszystkie możliwości, ale ufałam, że i tak zapytają. tak też właśnie się stało. żałuję tylko, że nie udało się urodzić bez nacięcia, ale niestety było to konieczne
        dziwi mnie, ze tak wielkie miasto jak Wrocław tak odstaje od standardów. to w końcu nie są jakieś fanaberie pacjentów, tylko normalność. aż się człowiek zastanawia jak te kobiety rodziły tyle tysięcy lat bez tych wszystkich zabiegów

      • To prawda. Ja rodziłam niedaleko Wrocławia bo w Wałbrzychu i trafiłam na cudowna położna. Miałam sale rodzinna (tam są tylko takie ) sciemnione światło i minimum ingerencji przy porodzie. Jednak na koniec o 7 rano przyszła zmiana . 20min wcześniej zaczęły się parte. Moja położna zmieniając się z drugą powiedziała ze jestem przygotowana ,ćwiczyłam z balonem I rodze z ochroną krocza. A ta druga pinda chciała mnie naciąc (bez mojej zgody)żeby było szybciej! Pierwsza położna została w pracy godzinę dłużej i urodziłam bez ani 1 szwa. Az strach ze mogłam trafić na ta druga…. teraz jak myślę o drugim dziecku to rozważam poród w domu głównie z tego względu ze boje się ,ze trafię na taką france której się nie będzie chciało chronić krocza.

  3. Magdalena Hofmann

    Ja również swoje drugie dziecko urodziłam w domu (grudzień 2014). Pierwszy poród w szpitalu był przeżyciem traumatycznym – zarówno dla mnie jak i dla mojego synka. Seria standardowych niepotrzebnych ingerencji medycznych w prawidłowo przebiegający poród poprzedziła serię „drobnych” – w mniemaniu personelu szpitala banalnych, w moim odczuciu katastrofalnych – komplikacji wskutek niepotrzebnych ingerencji medycznych. Punkt widzenia zależy, jak wiadomo, od punktu siedzenia. Na dodatek (a może przede wszystkim) mnie i synka potraktowano przedmiotowo, w sposób uwłaszczajcy godności osobistej – zaś w moim odczuciu sponiewierana godność dokucza dłużej i ileż bardziej niż jakikolwiek ból. Dlatego przy drugim dziecku, mimo początkowych wątpliwości i naturalnych obaw, wynikających z niewiedzy i zastraszania przez otoczenie, zdecydowałam się na poród domowy. Szpitala bałam się po prostu bardziej, a ciąża przebiegała podręcznikowo.
    O ile pierwszy poród był przeżyciem traumatycznym, które najchętniej wymazałabym z pamięci (ale się nie da), o tyle poród w domu okazał się – hm nie sądziłam, że tak się kiedyś wyrażę o porodzie – przyjemnością, niezwykle pozytywnym przeżyciem wspominanym z dumą i poczuciem własnej siły, które bardzo umocniło mnie jako kobietę.
    Podobno Bóg ukarał kobietę skazując ją na rodzenie w bólu – po porodzie w szpitalu też miałam takie wrażenie, tyle że do bólu doszło jeszcze upokorzenie. Poród w domu był piękny i budujący, a jednocześnie bardzo harmonijnie wkomponowany w zwyczajne codzienne życie – zwracam honor Bogu. Mam piękna, zdrową córeczkę, która miała szczęście rozpocząć życie w wyjątkowym spokoju, bez zamieszania i pośpiechu, we własnym domu wśród bliskich, gdzie każdy traktował ją od początku z szacunkiem i miłością na jakie zasłużyła, a ból okazał się tym razem drugoplanowy.
    Czuję się obdarowana przez los, że mogłam tego doświadczyć. I przede wszystkim uświadomiłam sobie, iż ciąża i poród to naturalne procesy – nie choroba, więc o ile nie wystąpi jakaś patologia, szpital nie jest konieczny, a do większości tych słynnych nagłych, nieprzewidzianych komplikacji, którymi straszą matki z poprawnie przebiegającą ciążą, najczęściej dochodzi w szpitalach, wskutek nadgorliwych ingerencji medycznych w poprawnie przebiegający proces. Przy poprawnej ciąży w porodach domowych, pod okiem wykwalifikowanej położnej lecz bez zbędnych ingerencji, nawet niewielkie powikłania są rzadkością (szczególnie jeśli jest to kolejna ciąża). A komplikacje, które zagrażałyby życiu dziecka lub matki są w porodzie domowym statystycznie ewenementem – wydarzeniem tak sporadycznym, że straszyć nimi kobiety, które zdecydowały się na poród domowy, to tak jakby karcić ciężarną za nieodpowiedzialność, bo ośmieliła się przejść przez ulicę, na której przecież mogłoby dojść do wypadku drogowego – statystycznie mało prawdopodobne, ale co jeśli jednak wjechałby w nią samochód, a w pobliżu nie byłoby szpitala z oddziałem neonatologicznym?

    Wszystkich, którzy znają język niemiecki i sami chcą sobie wyrobić opinię o ryzykach porodu domowego zapraszam do przeczytania ostatniego sprawozdania i analizy porodów pozaklinicznych w Niemczech (gdzie rodziłam): http://www.quag.de/downloads/QUAG_bericht2013.pdf

    W Polsce takich studiów próżno by szukać, gdyż poród domowy nadal w większości uznawany jest niestety za fanaberię. W Niemczech porody w domu stają się znowu bardziej popularne i refundowane przez kasę chorych, dlatego powołano Towarzystwo Jakości Porodów Pozaklinicznych, które co roku przeprowadza dokumentację i analizę porodów pozaklinicznych. Statystycznie porody pozakliniczne mają bardzo dobre wyniki mimo, że w analizie uwzględnione są nie tylko planowane porody domowe, ale i takie które miały miejsce w domu czy w karetce, gdyż poród odbył się zbyt szybko, by zdążyc do szpitala, a także porody z wyboru nieasystowane (tzn. bez położnej), tzn. analiza zawiera w danych również porody o wyższym stopniu ryzyka, niż przy normalnym porodzie domowym (do którego dopuszczane są tylko wzorowo przebiegające ciąże). Są w niej też uwzględnione przypadki, gdy rodzice świadomie zdecydowali się na donoszenie i urodzenie w domu dziecka, które ze względu na ciężka wadę nie jest zdolne do życia poza ciałem matki, tzn. porody, w których śmierć dziecka była z góry oczywista lecz rodzice woleli by nastąpiła ona w domu. Mimo, że w skład analizy wchodzą też takie dane, to na 10600 przeanalizowanych w roku 2013 przypadków porodów pozaklinicznychi i 99,9% urodzeń żywych, 99,3% noworodków miało po 5 minutach apgar 7 i wyżej. Żadna matka nie zmarła przy porodzie, lub wskutek powikłań poporodowych, 95% uwzględnionych rodzących nie miało ŻADNYCH problemów po porodzie.

    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *