Zwyczajny dyżur położnej w sali porodowej

Dotychczas na blogu dzieliłam się głównie swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. Dla odmiany postanowiłam więc poprosić inne położne, aby opowiedziały mi trochę o swojej pracy, o tym jak one wykonują ten piękny zawód. Monika Wiśniewska to młoda położna pracująca na jednej z poznańskich porodówek. Specjalnie dla Was opisała jeden ze swoich dyżurów:

„Dźwięk budzika rozlega się tuż po godzinie 5.00. Zaspana wyciszam dzwonek i zwlekam się z łóżka (zwlekam się bo jestem niesamowitym śpiochem). Poranna toaleta i kilka łyków zaparzonej wcześniej herbaty. Pakuję dwa pęki kluczy do torby, łapię telefon oraz kluczyki do auta. W przedpokoju żegnam mojego psa i po cichu wychodzę, gdy pozostali domownicy jeszcze śpią.

Do pracy mam jakieś 15 km, jednak najbardziej ruchliwą trasą, po drodze mnóstwo świateł oraz dwa przejazdy kolejowe. Mam więc sporo czasu aby już w drodze do pracy zastanawiać się, co mnie dziś czeka. Na parking szpitalny wjeżdżam koło 6.40, szybko do szatni, wkładam biały strój, kompletuje długopisy, plakietkę z moimi danymi i mknę na 4 te piętro.

Poranek w dyżurce jest bardzo głośny, dziewczyny schodzące z nocki kompletują dokumenty, uzupełniają brakujące podpisy i pieczątki, inne ogarniają kubki po kawach, a jeszcze inne przyjmują pacjentki na porodówkach, lub kończą pisać raport z dyżuru nocnego. Ranna zmiana czeka aż wszyscy będziemy w komplecie aby podzielić się obowiązkami, oraz aby wysłuchać kilku słów o każdej pacjentce na oddziale.

Na dyżurze jest nas zazwyczaj 5, jedna z grupy ma „blok” (takie nasze określenie na część pododdziału, w której znajdują się 3 sale 4 osobowe), musi ogarnąć pacjentki ciężarne (zazwyczaj koło 4 Pań), które znajdują się u nas na obserwacji przed porodem, ponieważ mają nieregularną czynność skurczową lub ich maleństwa za wcześnie chcą wybrać się na świat. Kolejna sala „blokowej” to sala po porodach fizjologicznych, na której Panie po porodzie przebywają z dziećmi do 6 godzin, potem są przekazane na położnictwo; oraz sala ścisłej obserwacji- Pacjentek po cesarskim cięciu (na naszym oddziale przez 24 godziny). Pozostałe położne dzielą między siebie 6 porodówek, czyli każda z nas ma pod opieką dwie sale porodowe, co w teorii, a czasem i w praktyce oznacza 2 kobiety rodzące pod opieką jednej położnej.

Zazwyczaj jako najmłodsza w zespole wybieram sobie dwie porodówki obok siebie, które są również najczęściej „obkładane” do porodu. Wynika to z tego że mam jeszcze chęci do pracy – jak śmieją się moje koleżanki. Lubię mieć dwie sale obok siebie i nawet dwie rodzące w tym samym czasie, bo nie muszę biegać w tą i z powrotem, wszystko mam w zasięgu ręki oraz wzroku. Oczywiście nasz podział służy tylko porządkowi wewnętrznemu, żeby każda z nas wiedziała za co jest odpowiedzialna, a w ciągu dnia różne sytuacje weryfikują sposób pracy. Zawsze jest tak że jedna drugiej pomaga kiedy w tym czasie nie ma II okresu porodu lub kiedy ma pustą salę.

Po podziale zaczynamy normalny, codzienny dzień pracy. Witam się moimi pacjentkami, przedstawiam się, próbuje chwilę poznać. W zależności od tego jaka jest sytuacja położnicza u danej rodzącej, mogę pozwolić sobie na dłuższa lub krótszą rozmowę, tak aby wzbudzić zaufanie u swojej podopiecznej.

W zależności od sytuacji na oddziale i na moich porodówkach, mogę pozwolić sobie na małe śniadanie i gorącą herbatę. Kiedy jest na to czas, trzeba korzystać bo zaraz sytuacja może ulec zmianie, a więc śniadanie nie zostanie zjedzone i będzie musiało poczekać nie wiadomo do której godziny, a zdarza się że nawet do koło 14.00.

Do rodzącej wchodzę co 15minut, oceniam zapis KTG, proponuje zmianę pozycji, staram się wytłumaczyć co się w danej chwili dzieje. Zdarza się, że trzeba bardzo szybko reagować, kiedy z oddali oddziału słyszę zwolnienia tętna maluszka, biegnę ile sił w nogach.

Bywają pacjentki bardziej wymagające (jak ja to nazywam), więc zdarza się że z porodówki nie wychodzę przez długi czas. Czasem nie mam czasu nawet na toaletę, nie wspominając już o jedzeniu. Łapię się na tym, że jestem tak skupiona iż czasami nie potrafię nawet pomyśleć o swoich podstawowych potrzebach. Zazwyczaj łapie fajny kontakt z pacjentką i jej partnerem lub mężem, zawsze staram się traktować Ich w taki sposób, w jaki sama chciałabym być traktowana. Oczywiście miewam też gorsze dni, kiedy po kilku ciężkich dyżurach jestem zmęczona i zniechęcona, ale wtedy mobilizuję się do pracy, bo przecież nie mam wyjścia, nikt za mnie tego nie zrobi, a rodzące na mnie czekają.

Zanim dojdziemy do II okresu porodu, mija kilka dobrych godzin (najczęściej), wymaga to wiele cierpliwości i kilku porządnych kilometrów zrobionych przechodząc przez długi korytarz na oddziale między naszą dyżurką a porodówką. W II okresie porodu nie wyłaniam nosa z sali porodowej, obserwuje zachowanie rodzącej, nie raz słyszę głośne okrzyki wydawane z bólu, innym razem widzę łzy bezradności, staram się proponować pozycje które mogą skrócić ten czas, wspierać, instruować oraz cały czas cierpliwie słuchać i odpowiadać na wszystkie pytania. Muszę zapewnić poczucie bezpieczeństwa kobiecie i jej nienarodzonemu jeszcze dziecku, a także mieć na oku partnera który czasem potrafi spłatać figla. Kiedy główka dziecka jest już nisko w kanale rodnym, informuje lekarza i przygotowuje się do przyjęcia na świat maleństwa. Myję i dezynfekuje ręce, w tym czasie inna z koleżanek położnych, przygotowuje zestaw porodowy z narzędziami oraz kącik noworodkowy. Ubrana w jałowy fartuch, w obecności lekarza i koleżanki położnej (potrzebnej zawsze w razie czegokolwiek) jestem pełna nadziei i radości. Po narodzinach maleństwa, osuszam je, proponuje tatusiowi przecięcie pępowiny i kładę maluszka mamie na brzuszek. I wtedy myślę sobie „chwilo trwaj”. Uświadamiam sobie, w jak pięknym wydarzeniu uczestniczę i codziennie przeżywam je od nowa. Zawsze łezka kręci mi się w oku, kiedy pewnym chwytem obejmuje dziecko i przekazuje w ręce mamy. Obserwuję wtedy twarze rodziców, czasem mam wrażenie że miłość wylewa się z ich spojrzeń, to jeden jedyny moment, w którym wszystko dookoła nich (rodziców) niknie, znikam ja- położna, lekarz i inni obecni czasem przy porodzie. Jest tylko nowe życie. Są łzy miłości, szczęścia i nadziei, a ja mogę w tym wszystkim uczestniczyć. Za każdym razem przeżywam to na nowo i zastanawiam się czy kiedy będę już położną z kilkuletnim stażem pracy, nadal będę przeżywać to tak samo.

Po porodzie mam jeszcze mnóstwo papierkowej roboty do której siadam dopiero kiedy mama i noworodek przewiezieni zostaną na salę poporodową. Przed dokumentami, sprzątam jeszcze salę porodową- usuwam zbędny sprzęt, liczę narzędzia które wkładam do puszki, która potem wędruje do sterylizacji. Wszystko musi się zgadzać J

Z kompletem dokumentów wędruję do dyżurki, w tym czasie jedna z koleżanek zajmuję się noworodkiem, wykonuje niezbędne zabiegi, waży i mierzy dziecko. Druga koleżanka zaczyna uzupełniać dokumentacje „z mojego porodu”, wiele rzeczy z góry wie sama i odczytuje z karty przebiegu porodu, o inne rzeczy dopytuje mnie. Razem uzupełniamy dokumentacje, ja uzupełniam podpisy i swoje pieczątki. Potem trzeba jeszcze wklepać informacje w system komputerowy. Czasem bywa tak, że jest kilka porodów na raz, czyli jeden wielki bałagan. Wtedy papiery stosem piętrzą się na naszym biurku, ponieważ jest tyle zajęć, że nie ma kiedy zabrać się za ich uzupełnianie. Papiery nie zając nie uciekną, a pacjentki czekać nie mogą. W takich momentach łapię się na tym że jestem w stanie robić kilka rzeczy na raz, planować kolejno czynności żeby jak najlepiej się zorganizować. Bywa to pomocna cecha. Zdarza się jednak że nie ogarniam, nie wiem za co zabrać się najpierw. Musze szybko reagować bo czasem, brak mojej reakcji lub jej opóźnienie może być tragiczne w skutkach. Nie mogę też dać tego po sobie poznać, bo co to za położna która „nie ogarnia”?

Dzięki współpracy z innymi położnymi zawsze udaje nam się opanować kryzysową sytuację, każda z nas jest przyzwyczajona do pracy w stresujących warunkach, do szybkich i niespodziewanych zwrotów akcji – taki jest charakter pracy na porodówce. Jeśli jest spokój to trzeba się z tego cieszyć, bo za kilka chwil może się zrobić wielki bałagan i nieprzewidziane komplikacje. Są dni kiedy od samego rana albo wieczora (jeśli przychodzę na nockę), po minucie pobytu na oddziale chciałabym uciec, bo już doskonale wiem że dyżur będzie ciężki. I nie wynika to z dużej ilości samych porodów. Na ciężki dyżur ma wpływ jeszcze wiele czynników, ale po co się na tym skupiać.

Bywa, że naprawdę nie chce mi się jechać do pracy, ale nie dlatego że mnie nudzi, tylko dlatego, iż jestem fizycznie zmęczona; najgorzej kiedy pomyślę sobie że w czasie mojego pracującego weekendu mogłabym być w wielu fajnych miejscach z przyjaciółmi czy rodziną. Zawsze, kiedy pojawia mi się taka myśl, za chwilę pojawia się kolejna. Przecież gdzie indziej miałabym być. Przecież to jest moje miejsce na Ziemi, nie umiałabym robić nic innego, a także nie chciałabym robić nic innego.

Kiedy wchodzę już na oddział wiem, że jestem niezbędna, potrzebna rodzącej. Tak, czuję się potrzebna, ale nie niezastąpiona czy nieomylna, więc często proszę o radę i pomoc starsze koleżanki po fachu. Wystarczy mi jeden uśmiech mojej pacjentki, który pojawia się podczas porodu, pomimo bólu i cierpienia, wystarczy zwykły dotyk, złapanie za rękę oraz zwyczajne „dziękuję”. Nie musi być wypowiedziane bo czasem widzę je w oczach rodziców.

Późnym popołudniem na oddziale zazwyczaj zaczyna się robić spokojniej (zazwyczaj bo bywają dni, że popołudniami robi się zamieszanie), kiedy jest spokojniej możemy usiąść w dyżurce przy kawie, jakieś 10 do 15 minut luźnej rozmowy o byle czym, o życiu rodzinnym o przygotowaniach do przeprowadzki, ślubu, zmianie samochodu itd. Jest czas na śmiech żarty i chwilę odpoczynku. W jednej chwili trzeba rzucić wszystko i biec na salę porodową, bo przyjęto pacjentkę do porodu w zaawansowanej już fazie. No trudno, taka praca. Odstawiamy kubki, kanapki i biegiem na porodówkę. I znów dokumenty, wywiad, przygotowanie zestawu, kącika noworodkowego, rozmowa z rodzącą, wenflon, ktg i leki. Ktoś by pomyślał „mega rutyna, codziennie to samo”. A właśnie że nie, codziennie coś innego. Inna pacjentka, inny poród, inna sytuacja położnicza, inna historia. Czasem aż trudno uwierzyć jakie historie i jakie cierpienie noszą w sobie inni ludzie. Wszystko przyjmuję, wysłuchuję a czasem w duszy myślę sobie „Boże to nie do przeżycia”.

Przed godziną 18 jedna z położnych zasiada do raportu z dyżuru dziennego, liczymy leki, przyjęcia, porody, narzędzia – stan musi być zgodny. Przygotowujemy się do zdania dyżuru koleżankom z nocki, nie raz właśnie pod koniec dnia stajemy jeszcze gotowe do porodu, ponieważ przez cały dzień akcja porodowa zdążyła nabrać tempa i dzidziuś zechciał urodzić się o 18.50 – życie. Bywa ciekawie i wesoło chociaż po całym dniu myślę już tylko o moim domu, wannie i łóżku.

O 19.00 na oddział wkraczają nowe siły naszych koleżanek. I czeka je dokładnie taki sam schemat, tylko w nocy. Oddaję moją rodzącą kobietę w ręce koleżanki, żegnam się i dziękuję za, nie raz, cały dzień współpracy. Życzę powodzenia i trzymam za Nią kciuki.

Zbieram swoje rzeczy, i biegnę do windy… za drzwiami sali porodowej zostawiam wszystko i przechodzę w tryb myślenia „po pracy”, dzwonię do narzeczonego żeby choć na chwilę usłyszeć znajomy głos, który nie raz dodaje otuch po ciężkim dniu w pracy.

Wracam do domu koło godziny 20, ten sam schemat – witam domowników, chwilę bawię się z psem i wędruję do łazienki. Potem wskakuje pod kołdrę i choć nie raz strasznie bolą mnie stopy, kręgosłup, głowa i mnóstwo innych rzeczy zasypiam w tempie ekspresowym.

Analiza całego dnia jest zawsze pozytywna, bo nie wyobrażacie sobie jaką ta praca daje satysfakcję. Czuję się potrzebna, doceniona i czuję, że uczestniczę w niesamowitym cudzie, cudzie narodzin który dotykam namacalnie, codziennie.”

 

Autor: Maria Lepucka

Maria Lepucka
Położna, certyfikowany doradca laktacyjny, doktorantka Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Zajmuje się pracą naukową i dydaktyczną z zakresu położnictwa i ginekologii, a także prowadzeniem edukacji przedporodowej dla przyszłych rodziców i opieką nad pacjentkami w każdym wieku. Prowadzi prywatną praktykę położniczą z poradnią laktacyjną we Wrocławiu: https://poloznawroclaw.pl. Założycielka i główna autorka wpisów i artykułów w portalu FeminaSum.pl. Więcej »

Nie przegap

Jak rodzą się dzieci na przestrzeni czasu

Jak rodzą się dzieci na przestrzeni czasu?

Zastanawiałaś się jak rodziła Twoja babcia, jak Ty przyszłaś na świat, jak urodzą się Twoje …

5 komentarzy

  1. Wiem, że to komentarz nie na temat, ale śledzę tę stronę i przypadła mi do gustu. Czy mogłabym zatem prosić o polecenie jakieś sensownej literatury na temat ciąży, porodu i połogu? Chciałabym coś konkretnego, nie poradnik z gatunku „pij dużo wody” 😉 Szukałam już sporo, ale trudno coś wygrzebać, na dodatek na forach często polecane są pozycje, które mnie nie przekonują. Będę bardzo wdzięczna 🙂
    Agnieszka

  2. bardzo przyjemnie się czytało, zateskniłam za takimi czasami i jestem szczęśliwa czytając tekst położnej z powołania.. Pani Mario śledzę Pani bloga od jakiegoś czasu i mile mi się go czyta, a pomysł ze zwróceniem się do innych położnych był fenomenalny. dziękuję! 🙂

  3. Oddalabym wszystko za taka polozna a mi taka sie trafila jak juz wchodzila na sale porodowa widac bylo jej zlosc na twarzy ze, wlasnie ktoras rodzi , nic sie mna nie zajmowala zlekcewrzyla zanikajace tetno mojego dziecka ,skutki jej zachowania byly tragiczne , podejzewam ze juz nie pracuje w tym szpitalu , Aga

  4. Patrycja Ludniewska

    Pieknie napisane… Jestem położną, z krótkim stażem, na sali porodowej pracuję od marca. Spełnienie moich marzeń. I popłakałam się czytając fragment o przekazaniu noworodka na brzuch mamusi… Uwielbiam ten moment, emocje, te ułamki sekund… dobrze, że stoję z maseczką- zawsze szczerzę się od ucha do ucha i łzy stają w oczach;)) Serdecznie, serdecznie pozdrawiam;)

  5. Ojej, Pokochałam tą panią! 🙂 Chciałabym trafić na taką położną. Podczas mojego porodu położna była… hmmm taka bez uczuć – ani niemiła ani miła. Po prostu wykonywała swoją pracę. Może miała gorszy dzień? Z jednej strony ciesze się, że nie trafiłam na nikogo gburowatego, a z drugiej, zazdroszczę wszystkim, którzy opowiadają o swoich miłych, przyjacielskich położnych 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.